Pierwsze zimowe bacowanie AKT-owskie

Written by Super User. Posted in 1970-1979

(relacja pisana "na żywo" podczas całej wyprawy - oryginał znajduje się u Franka)
 

Termin: 

8-11 luty 1970 r
 

Planowana trasa: 

Żabnica-Pawlusia-Krawców Wierch- Worek Raczański (chęć przejścia granicą zgłoszono wcześniej do WOP-u)
 

Uczestnicy: 

Franek Drewniok
Kazik Bodora (Szwagier)
Piotrek Głogowski
 
 

I dzień - 8 lutego1970 r

6.45 Piotrek wpada na dworzec w Katowicach z potężną siatką prowiantu. A gdzie go wpakować ?
6.46 Znalazł się Szwagier i wsiadamy do pociągu.
6.55 Pociąg rusza. Dochodzimy do wniosku, że dwie butle to za dużo i jedną dajemy w depozyt kol. Baranowskiemu, który jedzie do domu.
7.40 Uff ! Plecaki spakowane. Ale ciężkie.
8.20 Żegnamy kol. Baranowskiego i zapadamy w sen. Budzimy się w Żywcu. Do Węgierskiej Górki dyskusja na temat Kaukazu i obecnego przejścia.
10.00 Przyjazd do Węgierskiej Górki. Autobus do Żabnicy mamy dopiero o 1125 więc idziemy do restauracji "Nad Sołą". Zamawiamy 6 herbat ku uciesze gości (potem jeszcze dwie). Wszyscy ze zdumieniem patrzą na nasze plecaki.
10.15 Opuszczam lokal i idę zobaczyć na przystanek czy przyjechał Tolo - niestety, zawiedliśmy się.
11.15 Idziemy na przystanek. Śnieg sypie, temp.ok. 0°C.
11.20 Kupiliśmy długopis bo Piotrka flamaster się kończy.
11.30 Przyjechał autobus - nawet mało ludzi. W autobusie wybrano Radę Turnusu w składzie: Kazik Bodora (Szwagier) i Franek Drewniok.
12.05 Wystartowaliśmy z ostatniego przystanku PKS, narty dopięliśmy nie, nie do butów tylko do plecaków i ruszyliśmy. Początkowo szło się fajnie bo było przetarte ale teraz już śniegu po kolana.
13.15 Odpoczynek na siusiu. Piotrek wyciągnął aparat i robi pierwsze zdjęcia. Idziemy dalej. Używamy przekleństwa "ChórWa-tra".
14.25 Doszliśmy do "spychaczówy". Ponieważ śnieg do pasa, zakładamy deski. Halę Pawlusią już widać jakieś 100m w pionie i 300 m w linii prostej. Liczymy, że za godzinę tam będziemy.
16.45 Prawie krańcowo wyczerpani wchodzimy na Halę Pawlusią. Zdajemy sobie sprawę, że Krawców Wierch jest dziś dla nas nieosiągalny. Na hali dmucha dość mocno, temp. -3,7°C. Odbijamy drzwi bacówki a w środku 1/2 m śniegu. Zaczynamy sprzątać śnieg, gotować, po 15 min. pali się ognisko. Nie mamy chleba (chcieliśmy kupić na Rysiance), soli. Po wypiciu herbaty gotujemy zupę i makaron niesolony z konserwą. Woda oczywiście ze śniegu. Kuchenka spisuje się nam dobrze. Ognisko rozgrzewa bacówkę i spod gontu zaczyna lać deszcz - to topi się nawiany tam śnieg. Na dworze dawno zapadł zmrok, wieje, że bacówka ledwo się trzyma. W bacówce temp. +8°C. Szwagier jeszcze przed zmrokiem przyniósł z lasu jedliny. Rozmowy przesycone humorem zahaczają o różne tematy. Mówimy: jak dobrze, że Bogna z nami nie poszła, nie potrafimy sobie wyobrazić jak ona podeszłaby pod Halę Pawlusią skoro my byliśmy u kresu sił.
22.00 Siedzimy przy ognisku i suszymy się. Szwagier parzy herbatę i wspomina turnus. Zastanawiamy się po co tu przyszliśmy. Nikt nie umie odpowiedzieć. Rozumiemy już słowa piosenki: ...powiedz dlaczego jest tak ...
 

II dzień - 9. II. 1970

8.25 Wstaliśmy o 745. Jak fajnie było w śpiworze a tu w bacówce -3°C. Gotujemy herbatę, pakujemy się. Po wypiciu herbaty ruszymy. Zimno trochę.
9.00 Ruszamy. Hala pokryta szrenią. Trochę wieje.
9.30 Bez trudu podchodzimy do schroniska na Rysiance. Tutaj smutna wiadomość: WOP telefonował, żeby p. Anton (kierownik schroniska - F.D.) nie puszczał nas dalej granicą bo nie wolno i żeby nas zatrzymał. W związku z powyższym, jedząc potężne śniadanie (nareszcie chleb) myślimy nad dalsza trasą. Przedewszystkim na H.Redykalną, tam chcemy zanocować a potem ewent. na Ostre i Muronkę. Humory oczywiście dopisują. Szkoda nam tylko Krawców Wierchu. Dyskusja toczy się na temat kto pierwszy zostanie ojcem. Ale nic to. Potwierdzamy pobyt i pakujemy się. Piotrek zjadł makabryczne ilości chleba i jeszcze ma mało a dziś był chleb z kiełbasą chociaż poniedziałek (sic!).
12.20 Hala Redykalna. Przejazd z Rysianki aż tutaj był bardzo fajny. Śnieg zacinał z lewej a widoczność ok. 20 m. Kiedy stanęliśmy z Piotrkiem nad przepaścią H.Redykalnej, Szwagier poszusował w dół hali, w chmury. Myśleliśmy, że się połamał bo nic nie było słychać chociaż wołaliśmy. Piotr poleciał w chmury i po chwili krzyknął: szusuj tylko zegnij kolana więc i ja poleciałem ostro w dół widząc przed sobą przestrzeń 15 m. Kiedy w połowie hali, na pełnej szybkości wypadłem z chmur, zobaczyłem ich obu koło bacówki. Ponieważ bacówka ta to istne dno więc postanowiliśmy jechać na Cukiernicę Wyżnią lub Niżnią. Zaczynamy podchodzić do połowy hali gdzie odchodzi czarny szlak w kierunku Hali Boraczej.
14.20 Już na Cukiernicy ale może po kolei. Z Hali Redykalnej szlak wiódł lekko pochyłą ścieżką leśną na której jechało się przednio. Potem wychodził na polanę. Ponieważ ja wjechałem ostatni na brzeg polany, koledzy byli już na dole i krzyczą mi: uważaj mulda na której wyrzuca. Puściłem się w dół. Tuż przed muldą przody nart wbiły mi się w śnieg. Mając na uwadze, że mój plecak ważył ok. 18 kg, nie należało to do przyjemności. Kiedy udało mi się wygrzebać narty ze śniegu okazało się, że jedna jest złamana przy dziobie. Kiedy krzyknąłem o tym kolegom, ci załamali ręce i zaczęli podchodzić. Ponieważ na złamanej narcie nie dało się jechać postanowiłem schodzić piechotą, ale gdzie tam. Gdy ubrałem plecak zapadłem się po brzuch. Trzeba było schodzić na złamanej narcie (schodzić a nie zjeżdżać). Za chwilę Szwagier jadąc tuż przy lesie, gdzie nie było tyle śniegu, złamał swoją deskę. A więc dwóch ludzi do wyrzucenia. Po wielkich tarapatach zeszliśmy tu, na Cukiernicę.
Stojąc przy lesie zauważamy, że chłop rozwozi gnój a na hali piękne bacówki. Kiedy wreszcie znikł w lesie podjeżdżmy do bacówki. Nagle znów pojawiają się sanie z gniojem. "W towarzystwie" chłopca od gnoja który niechętnie na nas patrzy, odbijamy skobel. W środku kultura - dwie izby, jedna z piecem i łóżkiem, w sieni drzewo. Mamy skrupuły i postanawiamy zostawić tę bacówkę a iść do tej, którą widać wyżej na hali gdzie nikt o nas nie będzie wiedział.
15.00 Jesteśmy u góry. Bacówka prawie nowa ale nie da rady jej otworzyć, takie zamki. Wahamy się co robić. Przychodzą nam do głowy różne wersje. Ostatecznie decydujemy się wrócić do tamtej bacówki ale trzeba poczekać aż facet skończy rozwozić gnój.
15.30 Stoimy za bacówką osłonięci od wiatru i obserwujemy dół hali. Zimno nam coraz bardziej ale dyskusja jest dosyć interesująca i wesoła. Nagle wszyscy dochodzimy do wniosku, że jesteśmy zboczeńcami. 15 minut drogi od nas jest schronisko na Hali Boraczej, widać je jak na dłoni a my tu stoimy i marzniemy. Szwagier obiecuje, że zaraz po powrocie do domu idzie do psychiatry, choćby miał zapalenie płuc.
21.30 Doszliśmy jednak zmarznięci o zmroku do naszej bacówki. Ponieważ jechali jeszcze raz z gnojem zostaliśmy zauważeni. Czekamy wizyty gospodarza z kłonicą. Teraz to już chyba nie przyjdą. W piecu się pali, temperatura w bacówce +14°C aż nam wstyd, że ulokowaliśmy się w takim high-lifie. Podjedliśmy do oporu, zostało jeszcze dosyć dużo makaronu z konserwą - nikt już nie chce. Przed chwilą Piotrek zbił moją nartę a teraz zbijają nartę Szwagra. Szwagier - borok struga deskę nożem - ale prymityw. Wszyscy są senni i czekają kiedy tylko się położymy bo rano trzeba zwiewać. Dochodzimy do coraz to nowych zdań o nas. Szwagier twierdzi, że jesteśmy górskimi hippiesami a mnie obwołał Prorokiem.
Całe szczęście,że jest tylko męskie towarzystwo bo odzywki, które dochodzą z kąta bacówki, gdzie chłopcy naprawiają narty są takie typowo męskie. Ognisko jest lepsze niż piec - do takiego wniosku dochodzimy wspólnie susząc się przy piecu. Wspominamy Chatkę. Szwagier zbił nartę ale boi się jutra. Idziemy jeszcze zabarwić śnieg i spać. Dobranoc.
 

III dzień - 10 lutego 1970 r

8.00 Wstaliśmy o 630. Po śniadaniu, które jakoś odbywało się na milcząco spakowaliśmy się i chcemy wyjść ale zauważamy, że chłop znowu wozi gnój w pobliżu. Czekamy na odpowiedni moment, żeby czmychnąć. W chałupie zostawiamy 10 zł i kartkę.
10.30 Milówka. Z Hali Boraczej były trochę kłopoty do dol. Milowskiego Potoku. Tam zdjedliśmy po jabłku i doliną w dół. Ponieważ był "istny lód" więc żałowałem, że nie miałem łyżew. Teraz stoimy na przystanku PKS i czekamy na autobus. Szwagier się łamie i chce jechać do Chatki a my na H.Baranią.. Zobaczymy co będzie, na razie jedziemy do Kamesznicy GRN na herbatę. Jedzie autobus.
11.35 Jesteśmy w sklepie w Złatnej. Autobusem dojechaliśmy do GRN. W drodze tutaj przeżyliśmy okropne strzelanie w sąsiednim kamieniołomie. Teraz pijemy oranżadę choć można kupić piwo. Na cóż nam przyszło. Piotr zmienia film w aparacie. Nasze złamane deski wzbudzają ogólną sensację. Gdy spoglądamy na ogromne ilości makaronu na półkach sklepowych robi nam się "wysoko" w żołądku. Szwagier stwierdza, że nareszcie przestały go boleć krzyże od leżenia, teraz go bolą od plecaka. Piotr też narzeka na krzyże po zjeździe z H.Boraczej gdzie wywinął potężne salto (takie jak w fotoreportażu "itd", tylko z plecakiem). Po oranżadzie humory nam się poprawiają. Piotrek opowiada kawał o meblach "chebanowych". Zaczyna się robić chłodno więc ruszamy powoli. Jest 1150.
13.25 Dotąd szliśmy przetarta drogą. Teraz będzie trzeba przypiąć deski. Spotkany przed chwilą leśniczy mówi, że do H.Baraniej latem idzie się stąd ok. 45 minut, my chyba ze dwie godziny. Piotrowi chce się jeść. Szwagier się rozbiera. Zza drzew wygląda słońce a tu lekko sypie snieg. Szwagier boi się, że za chwilę zacznie się "druga Pawlusia". Ale nic to. Przypinamy dechy.
15.45 Jesteśmy na hali. Bacówka przewiewna ale żyć się da. Jesteśmy dosyć zmęczeni. Chwilę odpoczywamy i zaraz do roboty - Piotr zabija okno, Szwagier rozpala w piecu a ja przygotowuję obiad.
20.00 Już po obiedzie, po herbacie, w piecu się pali,na wpół leżymy na ławach koło pieca i suszymy się. Całe szczęście, że w bacówce było suche drzewo. Na dworze -4°C, gwiazdy i sierp księżyca. Może jutro wreszcie się trochę opalimy. Szwagier gra na organkach, Piotr mu wtóruje gwizdaniem. Jest bardzo fajnie, tak jakoś coś człowieka chwyta za serce. Dyskusja na tematy naukowe: "Automatyka i Chemia w PRL" (leży!).
Bacówka jest przewiewna i temp. w środku +8°C chociaż blacha pieca jest gorąca. Piotr wspomina obóz wojskowy. Śpiewamy pieśni powstańcze. Śpiewamy aż bacówka drży. Przechodzimy na piosenki kolonijne typu Mama Ciao.
Szwagier spalił rękawiczki. Wspominamy stare przygody z obozów.
21.50 Pijemy herbatę, gawędzimy, zagryzamy ser myśliwski.
23.00 Robimy wyra i idziemy spać. Szwagier robi łóżko rozszerzając ławę stosując system dźwigni deskowo-kołkowych. Biedny ten Piotr, który śpi pod nim. A teraz, na dobranoc, zamiast Psa Hucklbery czytanie dzisiejszych zapisów w dzienniku.
23.20 Już po czytaniu. Dobranoc.
 

IV dzień - 11 lutego 1970 r

9.05 Wstaliśmy o 8-mej chociaż zbudziliśmy się już ok. 7-mej. Przez godzinę, siedząc w śpiworach usiłowaliśmy się bawić w różne inteligentne gry. W bacówce 0°C. Zrobiliśmy ogień i palimy resztki drzewa. Gotujemy zupę bo chleba jest tylko mała kromka. Podstawa to cegły - tak stwierdza Szwagier wkładając rozgrzaną cegłę pod pupę. Na przyszłe przejście postanawiamy wziąć do plecaków po cegle. Zupa jest bardzo dobra.
10.45 Po żarciu pakujemy się. Szwagier myje naczynia. Słońce coraz częściej przeciera się przez chmury. Na dworze -3,5°C. Wyjdziemy chyba ok.1130.
12.10 Zdobywamy Baranią Górę. Jest tak fajnie, że nie można tego opisać. Spotykamy pierwszych zblazowanych turystów. Odzywki przez nich stosowane wzbudzają u nas skurcze brzucha bo nie wypada się śmiać.
13.30 Od 20 minut jesteśmy w schronisku na Przysłopie. Pijemy herbatę. Nartostrada z Baraniej jest bardzo fajna i łatwa ale nudna bo idealnie prosta. Na stoku nad schroniskiem zaimprowizowałem towarzystwu stoczkowemu dwa wspaniałe upadki. Śmiechu było co niemiara...(to pisał Franek - Piotr)
Szwagier kroi ser, zaraz będziemy jeść. Odzywka Szwagra: Twórca Drewniok przez duże Tfu - koniec odzywki.
Rada Turnusu wbrew woli kierownika uchwaliła nie wchodzenie jeszcze raz na stok i zjazd w dół. Piotr przyszedł z "ustronia" i wszedłszy lekkim krokiem, z błogim uśmiechem powiedział: Panooowie..
Zbieramy się. Szkoda, że to już koniec.
14.25 Zjechaliśmy do Chatki. Ostatnie metry polany prawie schodziliśmy. Sypało tak, że nic nie było widać. W Chatce przyjęli nas z otwartymi rękami. Rada Turnusu za chwilę zastanowi się czy przejście zakończyć czy iść dalej. Na razie przerwa.
 
notował Franek
AKT Watra to: dni pełne muzyki
AKT Watra to: wyjazdy rowerowe w najodleglejsze zakątki świata
AKT Watra to: raftingi i zastrzyk adrenaliny
AKT Watra to: Karpaty i bacowania
AKT Watra to: góry wysokie i ekstremalne przygody
AKT Watra to: wspinaczka skałkowa
AKT Watra to: Chatka AKT na Pietraszonce i niezapomniane chwile z przyjaciółmi
AKT Watra to: eksploracja jaskiń
AKT Watra to: spływy kajakowe i chwila relaksu

Administracja

Chatka na FB

Kontakt

Zachęcamy do kontaktu:

Akademicki Klub Turystyczny Watra
ul. Pszczyńska 85
44-100 Gliwice

e-mail: akt.watra@gmail.com

Chatka AKT na Pietraszonce
Istebna-Pietraszonka 244
43-474 Istebna

tel.: 881 649 945
e-mail: watra.chatka@gmail.com